GOSPODARKA EKONOMIA NOWE TECHNOLOGIE
Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Jak chłopcy z Chicago prawie nas ugotowali [OPINIA]

13 maja 2020, 23:55 / Opracowanie autorskie. Zdjęcie: pixabay
Jak chłopcy z Chicago prawie nas ugotowali [OPINIA]

Na początku marca br., w Sejmie odbyło się spotkanie zorganizowane przez posłankę Partii Zieloni. Gościem był Mycle Schneider - jedno z największych nazwisk światowego ruchu antyatomowego. Na spotkaniu, pan Schneider przedstawił wnioski z najnowszego raportu na temat stanu sektora energetyki jądrowej na świecie. Jak na dokument antyatomowego lobbysty przystało, wnioski okazały się jednoznaczne: atom to technologia schyłkowa, na świecie buduje się go mało i zawsze ze wsparciem aparatu państwowego, ponieważ atom się nie opłaca. Rozkwit energetyki jądrowej przypadł na lata 1978/1979 – później była (i jest) już tylko równia pochyła.

Argumentacja pana Schneidera jest niezwykle ciekawa, bo dowodzi, że przeciwnicy energetyki jądrowej zaczęli odchodzić od stosowanej przez lata retoryki zagrożenia, jakimi miałyby być energetyka jądrowa i odpady jądrowe. Wciąż zdarzają im się absurdalne wpadki, jak ta, kiedy uczcili ... “ofiary Fukuszimy”. Tych była bowiem ... jedna.  Za to tsunami, które spowodowało samą awarię zabiło 20 tysięcy osób a 300 tysięcy pozbawiło dachu nad głową. Takie rzeczy, to już jednak przypadki jednostkowe. Retoryka strachu okazała się nie zdawać egzaminu w starciu z rzeczywistością. Im więcej się dowiadujemy również o wypadkach w Czarnobylu, tym wyraźniejsze się staje, jak bardzo nadmiarowa była ta ogólnoświatowa, antyatomowa panika.

Nowe argumenty przeciwko atomowi są więc teraz jego przeciwnikom bardzo potrzebne. W dobie klimatycznej katastrofy rola atomu w ratowaniu klimatu staje się coraz bardziej oczywista.

W przeznaczonym dla decydentów podsumowaniu swojego raportu, Międzynarodowy Panel ds Zmian Klimatu podaje 4 przykładowe scenariusze utrzymania globalnego ocieplenia na poziomie 1,5 stopnia Celsjusza do roku 2100. 3 spośród nich zakładają istotny udział energetyki jądrowej w osiągnięciu zeroemisyjności przez światowe gospodarki. Tylko jedna z tych propozycji IPCC  pomija atom i stanowi realizację celu tzw. 100% OZE. Jednocześnie, jak wskazują analitycy, w tej wersji zeroemisyjność osiągana jest najpóźniej a koszty jej osiągnięcia są najwyższe.

Atom to aktualnie jedyne stabilne i bezemisyjne źródło energii, jakim dysponujemy jako cywilizacja. Nawet CDU, która po wydarzeniach w Fukuszimie podjęła decyzję o odejściu od atomu w Niemczech, postanowiła poddać ten ruch ponownej analizie. Nie ma to co prawda związku z klimatem - Niemcy po prostu nie chcą pozostać z tyłu jeśli chodzi o badania nad przyszłością technologii jądrowych a tych w Europie prowadzi się całkiem sporo i dają obiecujące rezultaty.

Warto się więc zastanowić nad jedną, istotną rzeczą: nad sprzecznością pomiędzy informacjami podawanymi przez pana Schneidera (“atom się nie opłaca”) a ustaleniami całego sztabu ekspertów i naukowców, jakie są zawarte w raporcie IPCC. Te cztery wspomniane scenariusze nie są, rzecz jasna, jedynymi, jakie powstały w ramach prac nad raportem IPCC, ale jako te, które znalazły się w podsumowaniu dla decydentów należy je uznać za reprezentatywne dla wyników prac ogółem. Z perspektywy Międzynarodowego Panelu ds. Zmian Klimatu jest więc jasne: dekarbonizacja z udziałem atomu będzie szybsza i tańsza niż bez.

Spróbujmy zrozumieć, dlaczego z World Nuclear Industry Status Report pana Schneidera wynika coś przeciwnego: jeśli za punkty odniesienia przyjmiemy wspomnianą przez niego datę - 1978/1979 (szczytowy punkt rozwoju energetyki jądrowej na świecie) i termin “opłacalność”, natychmiast staje się jasne, że są one są ze sobą nierozerwalnie związane. Początek lat 80-tych to moment, kiedy w dominującej na świecie doktrynie ekonomicznej “opłacalność” zmienia swoje znaczenie. Dzieje się tak, bo zaczyna się wówczas trwająca w zasadzie do dziś hegemonia tzw. chicagowskiej szkoły myśli ekonomicznej - neoliberalizm.

“Opłacalność” to pojęcie równie trudne do zdefiniowania, co “rozwój”.

Wszystko zależy od tego, kto, po co i jakimi wskaźnikami je mierzy. Joseph Stiglitz jasno wskazuje, że wykorzystanie PKB per capita jako wskaźnika rozwoju okazało się ślepym zaułkiem ekonomii ostatnich czterech dekad. Niewykluczone więc że i mierzenie opłacalności źródła energii w oparciu o LCOE też nim jest. 

Jeśli bowiem atom opłacał się wcześniej - dlaczego nagle miałby przestać? I komu? Może stało się tak właśnie z uwagi na to, jak i czym tę “opłacalność” zaczęliśmy na przełomie lat 70 i 80-tych mierzyć?

Tak jak nie istnieje bowiem jedna “ekonomia”, tak samo nie istnieje jeden, jedyny i właściwy sposób obliczania opłacalności. Brak odpowiedzi na pytania o to, komu energetyka jądrowa się nie opłaca, dlaczego przestała się opłacać i jakie są koszty alternatywne związane z jej porzuceniem, sugerują, że mamy do czynienia z argumentem ideologicznym. To z kolei pokazuje coś istotnego - energetyka jądrowa nie zmieściła się w panującym przez ostatnie dekady paradygmacie neoliberalnego kapitalizmu i finansjalizacji światowej gospodarki. Musiała z niego wypaść lub raczej: zostać wypchnięta. Nie bez kozery skokowy wzrost antropogenicznych emisji CO2 - tych, które są przyczyną naszych dzisiejszych problemów - zbiega się w czasie z wdrożeniem reaganomiki: to chłopcy z Chicago gotują nasz świat.

Dlaczego neoliberalizm musiał zjeść energetykę jądrową? Odpowiedź na poziomie ogólnym jest dość prosta: energetyka jądrowa nie może - i nie powinna - funkcjonować na „wolnym rynku” tak, jak rozumie go neoliberalna ekonomia. 

Po pierwsze, budowa elektrowni jądrowej wymaga już na wstępie dużych nakładów kapitałowych. Do tej pory, w całej historii gospodarczej działał tylko jeden na tyle duży rynek energii, że umożliwiał zebranie takiego kapitału od prywatnych podmiotów, bez interwencji państwa. Były to Stany Zjednoczone. We wszystkich innych miejscach na świecie aparat państwowy jest aktywnie zaangażowany we wspieranie projektów energetyki jądrowej. To wsparcie przybiera zróżnicowane formy: od gwarancji cen zakupu prądu (kontrakty różnicowe w Wielkiej Brytanii), przez powołanie konsorcjum spółek wyznaczonych do realizacji projektu (spółdzielczy model Mankala w Finlandii), po gwarancje finansowe dla spółek zaciągających zobowiązania (EDF/Areva we Francji). Czasem współodpowiedzialność finansowa sięga państwa, z którego pochodzi dostawca technologii jądrowej i które udziela wsparcia za pośrednictwem własnej agencji kredytów eksportowych. 

Wysokość nakładów początkowych wynika ze złożoności całego procesu inwestycji a - przede wszystkim - ze skali czasowej. Ta wykracza daleko poza ramy, w jakich funkcjonują znane nam rynkowe mechanizmy finansowe. Banki komercyjne oczekują zwrotu z inwestycji w perspektywie maksimum 30 lat. Tymczasem żywot elektrowni jądrowej to co najmniej 40, coraz częściej 60 lat. W Stanach Zjednoczonych dozór jądrowy wydał już drugiemu obiektowi pozwolenie na łączne działanie przez lat 80. Rynek komercyjnych kredytów bankowych nie jest chętny uczestniczyć w takich inwestycjach. Jego „chęć” można kupić. Oznacza to jednak, że koszty finansowania i kapitału szybują w górę, niewspółmiernie windując koszt realizacji danego projektu.

Na inwestycje w atom nie jest też przygotowany światowy rynek ubezpieczeniowy. Po prostu takich ubezpieczeń nie oferuje i choć wewnątrz Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej trwają dyskusje nad stworzeniem globalnego mechanizmu ubezpieczeniowego dla inwestorów i operatorów elektrowni jądrowych, to dziś przejście ścieżki ubezpieczeniowej dla projektu jądrowego często udaje się tylko dzięki interwencji aparatu państwa.           

Rynki, przywiązane do idei dywidend od wypracowanych w rytmie rocznym zysków, naturalnie inwestują w projekty, które przynoszą łatwy i szybki dochód (jak, nie przymierzając, spekulacje na rynku kredytów hipotecznych) a nie w te, które są nam jako społeczeństwom realnie potrzebne. Nawet „opłacalność” odnawialnych źródeł energii jest w ogóle możliwa dzięki decyzji politycznej o nadaniu jej priorytetu przesyłowego. I nawet ona się chwieje, od kiedy Wielka Brytania uznała, że z punktu widzenia stabilizacji systemu bardziej racjonalne jest w chwilach nadpodaży energii z wiatru zrzucać ją z sieci i płacić odszkodowania właścicielom farm offshore, niż każdorazowo, kosztem rozhuśtania systemu, udzielać jej tzw. pierwszeństwa na drutach. 

Odpowiedź na pytanie komu się atom nie opłaca jest więc prosta: nie opłaca się działającym w paradygmacie neoliberalnego kapitalizmu „rynkom”. Nic zresztą nie obrazuje tego lepiej niż sprawa sądowa, którą zdominowana przez liberalnych Zielonych Austria wytoczyła Wielkiej Brytanii twierdząc, że budowa elektrowni Hinkley Point C … obniży ceny energii na europejskim rynku. 

W takiej sytuacji argumentowanie, że atom się „nie opłaca” to demagogia: sami, działając w logice neoliberalnej gospodarki, uczyniliśmy go „nieopłacalnym” pozwalając na deregulację rynków i rozmontowując wspierające energetykę jądrową mechanizmy.

Kolejnym czynnikiem podnoszącym wysokość nakładów potrzebnych na inwestycję w elektrownię jądrową jest fakt, że uwzględnia się w nich - oraz w kosztach wytwarzanej później energii - cały cykl życia obiektu, łącznie z kosztami jego rozbiórki i, co jest wyjątkiem w energetyce, kosztem utylizacji i składowania odpadów, które po nim zostaną. Dzieje się tak z uwagi na przepisy stworzone m.in. przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej (IAEA) w Wiedniu. Takich wymagań nie muszą spełniać inwestycje w energetykę węglową, wiatrową, czy słoneczną. 

Przepisy MAEA nakładają też na spółki prowadzące projekty cywilnej energetyki jądrowej obowiązek ścisłego kontrolowania całego łańcucha dostaw i pozyskiwania jądrowych certyfikatów jakości dla praktycznie każdego elementu konstrukcji. Stopień szczegółowości regulacji jądrowych i ciężar obowiązków jakościowych nie pozostaje bez wpływu na ostateczny budżet i kosztorys projektu. 

Tutaj dochodzimy do sedna problemu: do pojęć „regulacji” i „państwo” - dwóch rzeczy, które wolnorynkowa, chicagowska myśl ekonomiczna zwalczała przez ostatnie cztery dekady. O ile bowiem obowiązek zachowania zgodności z przepisami spoczywa bezpośrednio na inwestorze a potem operatorze elektrowni jądrowej, o tyle same przepisy tworzy i egzekwuje aparat państwowy w postaci krajowego dozoru jądrowego, ściśle współpracującego z MAEA. Członkami Agencji nie są bowiem ani właściciele, ani operatorzy obiektów jądrowych: są nimi poszczególne państwa, które biorą na siebie odpowiedzialność za stworzenie, wdrożenie i przestrzeganie zaleceń ekspertów z Wiednia. 

W energetyce jądrowej nie da się więc uciec od bliskich spotkań z aparatem państwa. A skoro tak, to konieczność wsparcia projektu jądrowego przez państwo jest tylko kolejnym zarzutem ideologicznym: według neoliberalnej doktryny państwo jest złe, bo - mając moc wprowadzania regulacji i ograniczeń - stanowi przeszkodę dla idealnej wolności kapitału i jego globalnego przepływu. 

Według tej logiki niemożliwe jest dziś to, czego dokonała Francja w latach 70. XX wieku. Rozwój energetyki jądrowej był tam decyzją czysto polityczną. Stał za nim wieloletni Plan Messmera. Ówczesny premier Francji, po uderzeniu światowego kryzysu naftowego, przekonał bowiem Parlament, że priorytetem dla Francji powinna być niezależność energetyczna i pokrycie 100% krajowego zapotrzebowania na energię ze źródeł jądrowych. Plan Messmera stanowił kompleksową koncepcję kształcenia kadr, prowadzenia badań i prac nad własną technologią oraz, co najważniejsze, budowy nowych obiektów z wykorzystaniem własnych zasobów. Za jego realizacją stało konsekwentne wsparcie i państwowe finansowanie: czysty interwencjonizm według Keynesa. Głęboka dekarbonizacja energetyki była tu tylko skutkiem ubocznym. Kraj do tej pory cieszy się stabilnymi, względnie niskimi cenami energii, czystym powietrzem i ośmiokrotnie niższymi emisjami CO2 na kilowatogodzinę wyprodukowanej energii niż sąsiednie Niemcy. Od lat jest również eksporterem energii elektrycznej netto. 

Może to więc nie do końca tak, że - jak twierdzi Mycle Schneider - “atom się po prostu nie opłaca”. Może po prostu opłaca się nie temu, komu według niego potrzeba i nie wtedy, kiedy ten ktoś by sobie tego życzył. Zwłaszcza, że opłaca się Chinom, które jeszcze do niedawna nie miały go wcale, Czechom, Białorusinom, Brazylijczykom i Indusom. 

“Opłacalność” atomu warto rozważyć z jeszcze jednej perspektywy: z perspektywy kryzysu gospodarczego, który przed nami. Kryzys to zawsze moment przełomu i zmian. Warto, by były to zmiany na lepsze i by wykorzystać w nich sprawdzone wielokrotnie w praktyce narzędzia.

Po Wielkim Kryzysie 1929, Stany Zjednoczone na nogi postawił Nowy Ład zaproponowany przez prezydenta Roosevelta. Powojenną Europę na nogi stawiał Plan Marshalla. W odpowiedzi na globalny kryzys finansowy 2008/2009, Chiny zrealizowały gigantyczny program inwestycji infrastrukturalnych: powstały setki finansowanych z państwowej kasy lotnisk, setki tysięcy kilometrów szybkiej kolei i metro w Guangzhou. 

Może więc rok 2020 szansa na gruntowną przebudowę polskiej energetyki?

Nasza flota wytwórcza, oparta głównie na węglu i węglu brunatnym, wkrótce będzie gwałtownie potrzebować wymiany - nie tylko z uwagi na koszta, jakie niesie dla ludzkiego zdrowia i klimatu, ale również z uwagi na swój wiek. Stabilny i dyspozycyjny, ale niezwykle szkodliwy moloch, jakim jest elektrownia Bełchatów ciężko będzie zastąpić dostępnymi nam obecnie OZE. Tymczasem, inwestycja w atom to doskonały, interwencjonistyczny bodziec gospodarczy dla krajowego przemysłu. Według katalogu “Polish Industry for Nuclear Energy 2019”, który stworzyło Ministerstwo Energii, na przestrzeni ostatniej dekady ponad 70 polskich firm uczestniczyło w realizacji projektów jądrowych na świecie. Nie jest więc nawet tak, że zaczynamy od zera w kwestii możliwości technicznych i wiedzy. 

Umieszczenie jak największej części łańcucha dostaw dla takiego projektu w Polsce stanowiłoby dobry sposób wsparcia rodzimego przemysłu, stworzenia nowych miejsc pracy i możliwości rozwoju dla całej nowej gałęzi gospodarki. 

Ale nie tylko gospodarka by na takiej inwestycji skorzystała. Przede wszystkim skorzystałby klimat i jakość powietrza w Polsce, bo stopień jego zanieczyszczenia zabija ponad 40 tysięcy osób rocznie.

Najwyższa pora, aby po Tarczy Antykryzysowej 2.0 - jaka by ona nie była -  nadszedł czas na polski Plan Messmera. A najlepiej gdyby przewodnicząca Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen, zamiast mówić o drugim Planie Marshalla - pomyślała o drugim planie Messmera, tym razem dla całej Europy. 

Chłopcy z Chicago prawie już ugotowali nam świat. Nie wolno nam pozwolić, aby ugotowali go do końca.  

Autorka: Urszula Kuczyńska, współautorka programu energetycznego Lewicy Razem, członkini inicjatywy FOTA4Climate, wieloletnia pracownica sektora energetycznego i związkowczyni

Zapisz się na PolishBrief.pl

Analizy, opinie i wywiady. Gospodarczy skrót dnia.

0 komentarzy

przeczytaj także

© 2020. Wszystkie prawa zastrzeżone

Zaloguj się

Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Zarejestruj się

Używamy cookies w celach funkcjonalnych, aby ułatwić użytkownikom korzystanie z witryny oraz w celu tworzenia anonimowych statystyk serwisu. Jeżeli nie blokujesz plików cookies, to zgadzasz się na ich używanie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Polityka Prywatności    AKCEPTUJĘ