Nieco ponad trzy miesiąc temu, kiedy w naszym kraju zaczynała się pandemia koronawirusa, pisałem o tym jaki będzie mieć ona wpływ na gospodarkę („Koronawirus a gospodarka.”). W niniejszym tekście chciałbym zrobić krótkie podsumowanie tego, gdzie jesteśmy dziś i co nas czeka w nadchodzących miesiącach.

Od szoku podażowego do popytowego
W marcowym tekście pisałem o dwóch rodzajach szoków jakie nas czekają: podażowym i popytowym. Na pierwszy ogień przyszło nam się zmierzyć z tym podażowym, związanych z zakłóceniami w łańcuchach dostaw oraz lockdown-em i związaną z tym niemożliwością prowadzenia lub koniecznością znacznego ograniczenia niektórych rodzajów działalności. Ten szok w dużej mierze mamy już za sobą – wprawdzie ostatnie dostępne dane o produkcji w maju (spadek o 17% r/r) na to nie wskazują, ale w „odmrożonym” czerwcu będzie już znacznie lepiej. Odbicie od dna – choć generalnie wolniejsze – występuje także w usługach.

Kluczową kwestią w odniesieniu do tej fazy było zapewnienie, by zakłócenia w podaży w jak najmniejszej skali przerodziły się w trwałą utratę zdolności produkcyjnych (poprzez upadłości, likwidacje itp.). Stąd tak ważne były działania płynnościowe, wparcie firm w utrzymaniu potencjału produkcyjnego w warunkach niezawinionej przez nie utraty dochodów. Można już dokonać wstępnego podsumowania tego etapu. W mojej ocenie nie obyło się bez strat, ale biorąc pod uwagę skalę problemu relatywnie nie jest źle. Utrata zdolności wytwórczych/działania nastąpiła głównie w obszarach gospodarki, które wykazują się dużą elastycznością (usługi gastronomiczne, rozrywkowe, finansowe itd.), a więc z potencjałem szybkiej odbudowy wraz z powrotem popytu. Inna sprawa, że redukcja podaży może mieć w tych obszarach trały charakter, a to ze względu na strukturalne zmiany (ograniczenie) popytu, w związku z pandemią.

To w czym obecnie się znajdujemy, to druga faza, obejmująca szok popytowy. Utrata części dochodów przez gospodarstwa domowe oraz niepokój o przyszłość sprawia, że skłonność do konsumpcji i wydatki na nią spadły. Równocześnie wiele firm podjęło decyzje o ograniczeniu wydatków inwestycyjnych – to najprostszy i najmniej bolesny sposób na oszczędności w ich przypadku. W konsekwencji zagregowany popyt spadł, a ponieważ powyższe procesy nie dotyczą jedynie naszego kraju mamy do czynienia z redukcją zarówno w popycie lokalnym jak i zagranicznym. W moim przekonaniu rzeczywisty obraz w tym zakresie jest mniej optymistyczny niż mogłyby sugerować chociażby dane o sprzedaży towarów. Te ostatnie (w maju spadek r/r o niespełna 8%) w dużej mierze uwzględniają efekt odłożonego popytu (meble, sprzęt różnego rodzaju), a poza tym sklepy korzystają na ograniczeniu wydatków na usługi. Poza tym w danych tych nie widać redukcji nakładów inwestycyjnych jaka miała (i ma) miejsce w firmach. Wygląda na to, że szok popytowy będzie miał znacznie bardziej długotrwałe – niż ten podażowy – konsekwencje dla gospodarki.

Uwaga na sektor bankowy
W marcowym tekście pisałem także o ryzyku spotęgowania szoków gospodarczych przez ewentualny kryzys bankowy i/lub finansów publicznych. Na chwilę obecną wydaje się, że pomimo olbrzymiej skali ekspansji fiskalnej, związanej z programami wsparcia firm, ryzyka dla finansów publicznych są ograniczone. Jest tak ze względu na dominujący udział finansowania lokalnego (ok. 60%) oraz fakt, że po stronie popytu na rządowy dług pojawił się NBP. Oczywiście można i trzeba mieć wątpliwości co do formy i ograniczonej przejrzystości (wypychanie długu poza budżet by w ten sposób zaniżać krajowe statystyki) w jakiej to się odbywa, ale z praktycznego punktu widzenia wydaje się, że strona popytowa jest na tyle „głęboka”, że wygenerowane przez kryzys potrzeby pożyczkowe można sfinansować, bez wywoływania dodatkowych napięć i zagrożeń. Tym bardziej, że w warunkach zerowego oprocentowania środków w bankach, paradoksalnie okazuje się, że państwowy i quazi-państwowy (BGK, PFR) dług są całkiem atrakcyjną inwestycją. Nie bez znaczenia jest również fakt, że uruchamialiśmy naszą ekspansję fiskalną z relatywnie niskiego poziomu długu publicznego (46% PKB na koniec 2019 r.). Wszystko co napisałem powyżej nie oznacza oczywiście, że stabilności finansów publicznych nie można zepsuć. Można, z tym że moc sprawcza w tym względzie pozostaje w naszych rękach, a to w dzisiejszych czasach ważna sprawa.

Nieco inaczej wygląda sytuacja w sektorze bankowym. Ten otrzymał w ostatnich miesiącach dwa silne uderzenia. Dochody banków ucierpią mocno na skutek obniżek stóp (w moim przekonaniu nie uzasadnionych co do skali). Równocześnie gwałtownie wzrosną tzw. koszty ryzyka – rezerw tworzonych w związku z pogarszaniem się jakości portfeli kredytowych. Już po kwietniu (ostatnie dostępne dane) były one o 60% wyższe niż w ub. roku. Tych strat nie skompensują dobre wyniki na działalności handlowej (na rynku walutowym i papierów wartościowych), której sprzyja wysoka zmienność rynków. Wyniki finansowy sektora bankowego może w tym roku spaść w okolice 0 (dla porównania w 2019 r. wyniósł ponad 14 mld złotych, a w kryzysowym 2009 r. ponad 8 mld). Taka sytuacja oznacza, że w przypadku części banków będziemy mieć do czynienia ze stratami. To jeszcze nie katastrofa, tym bardziej że w ostatnich latach banki przygotowywały się na tego typu sytuację akumulując kapitały (to właśnie one mają służyć absorpcji nieoczekiwanych strat). Poza tym doświadczenie (i wynikające z tego nowe rozwiązania) zdobyte w ostatnich latach powinno pomóc w ograniczeniu efektów „rozlewania się” problemów pojedynczych instytucji na cały sektor nawet jeśli, któryś z mniejszych banków zbankrutuje. Niemniej jednak sytuacja w sektorze bankowym wymaga dogłębnego monitoringu i trzymania ręki na pulsie ze strony instytucji regulacyjno-nadzorczych, a także pro-aktywnych działań samych banków. Tym bardziej, że ewentualne (poważniejsze) problemy w tym sektorze szybko przełożyłyby się także na sektor publiczny, który z jednej strony jest właścicielem istotnej części sektora, a z drugiej ostatecznym gwarantem depozytów. Sytuacja banków oznacza także, że w bieżącym roku pozostaną one bardzo selektywne w udzielaniu kredytów.

W kontekście zagranicy kluczowa odbudowa popytu
Oceniając sytuację w kraju nie można abstrahować od wydarzeń za granicą. W tym kontekście większe wyzwanie stanowić będą kwestie związane z sytuacją w sferze realnej (odbudowy popytu) niż finansowej. W przeciwieństwie do 2008 roku nasz kraj jest obecnie znacznie mniej wrażliwy na sytuację na rynkach finansowych i przepływy kapitałowe. Różnica wynika z fundamentów: w 2008 r. mieliśmy olbrzymi deficyt rachunku obrotów bieżących (ponad 6% PKB), obecnie rachunek ten jest zrównoważony, co w praktyce oznacza że stabilność naszej gospodarki nie jest zależna od napływu kapitału z zagranicy. To także powód, dla którego nie ma fundamentalnych podstaw dla osłabiania się złotego. Jego aktualne poziomy są atrakcyjne dla eksporterów, co potwierdzają badania NBP odnoszące się do tzw. kursu opłacalności eksportu. Biorąc pod uwagę długotrwałe w swej naturze konsekwencje obecnego szoku oraz zmiany jakie w kontekście konkurencyjności wywoła pandemia (pisałem o tym w „Nowe rozdanie”) tym razem polski eksport potrzebuje innego niż w 2008 r., strukturalnego dostosowania. Powinno ono przyjąć formę inwestycji ukierunkowanych na skokowy wzrost produktywności poprzez automatyzację i robotyzację. Ponieważ nie jest to nasz obszar specjalizacji produkcji i zdecydowaną większość tego typu rozwiązań importujemy, osłabianie złotego w stosunku do obecnych poziomów niepotrzebnie podnosiłoby koszty tego typu inwestycji. Poza tym słaby złoty może „usypiać czujność” i opóźniać konieczne działania.

Przekształcenia strukturalne ważne dla sytuacji w średnim i długim okresie
Kwestie strukturalne – trwałych zmian wywołanych przez kryzys – są w moim przekonaniu co najmniej tak samo ważne jak działania w sferze polityki makroekonomicznej. W swych wcześniejszych tekstach poświęconych temu jak zmieni się świat po COVID (np. „W jakim kierunku pójdzie świat zachodni po kryzysie – cz.2: BIZNES”, „W jakim kierunku pójdzie świat zachodni po kryzysie – cz.3: SYSTEM”) opisywałem kierunki tych zmian więc nie będę się powtarzał. Kluczowe jest to by nie stawiać barier tym niezbędnym dostosowaniom. W praktyce oznacza to, że czas skończyć z zamrażaniem gospodarki i podtrzymywaniem przy życiu kogo tylko się da. Część firm musi zbankrutować, trzeba pozwolić na to by aktywa/zasoby przepłynęły do innych obszarów do czego potrzebne są sprawne procedury likwidacyjne/upadłościowe. Ważna jest też polityka „drugiej szansy”. Poza tym bardzo ważne jest ustabilizowanie otoczenia regulacyjno-podatkowego. Firmy będą musiały: i) nauczyć się funkcjonować w warunkach obecności wirusa oraz ii) na nowo zdefiniować swoje plany inwestycyjne (priorytetem staną się inwestycje pro-efektywnościowe, a nie te ukierunkowane na zwiększanie mocy produkcyjnych). Trzeba im to jak najbardziej ułatwić, eliminując przynajmniej tę część niepewności, która wynika z działalności polityków. A że w przypadku naszego kraju jest to bardzo istotna część świadczą chociażby coroczne badania Europejskiego Banku Inwestycyjnego – wśród krajów UE jesteśmy liderem jeśli chodzi o odsetek firm, które wskazują niestabilne otoczenie polityczno-regulacyjne jako istotny element utrudniający decyzje inwestycyjne. Bardzo ważna będzie także dostępność kapitału na potrzebną i pożądaną konsolidację firm/branż oraz na ekspansję kapitałową za granicą. Na wielu rynkach szykuje się czas licznych okazji (by pozyskać cenny know-how, udziały rynkowe, itd.) i warto to wykorzystać.

Podsumowując, napływające z gospodarki dane potwierdzają unikalną skalę szoku wywołanego przez pandemię. Pomimo optymizmu niektórych ekonomistów sugerujących możliwość rewizji prognoz PKB w górę (tzn. mniejszego spadku) moim zdaniem w ujęciu realnym PKB skurczy się w tym roku w granicach 4-6% (oczywiście o ile nie pojawią się jakieś nowe, znaczące czynniki). Z punktu widzenia gospodarki wiele trudnych decyzji i działań jeszcze przed nami. Dopiero na jesieni – gdy znikną prace sezonowe oraz ujawni się pełna skala upadłość firm – będzie widać pełne skutki tego co wydarzyło się w ostatnich miesiącach, możemy wówczas mieć do czynienia z ponownym pogorszeniem się sentymentu i skłonności do wydawania. Moim zdaniem powrót do poziomów aktywności z 2019 r. może zająć 2-3 lata.

Te wszystkie liczby mają jednak moim zdaniem znaczenie wtórne. Z kryzysem zmaga się cały świat, tak więc z punktu widzenia rozwojowego nas on nie cofa. Wręcz przeciwnie. Jeśli właściwie go wykorzystamy, to mamy szansę na szybki awans dzięki nowej, wyższej trajektorii wzrostu po kryzysie (więcej o tym w „Kryzys systemowy, który mamy stwarza unikalne szanse!”). By tak się stało potrzebujemy transformacji naszego systemu społeczno-gospodarczego, a także technologicznego skoku. Ten ostatni częściowo już się wydarzył – konieczność przeorganizowania pracy w czasie lockdownu zmusiła wiele firm do wydatków (np. na IT), z którymi do tej pory się ociągały. To jednak dopiero początek. Teraz potrzeba fali „dużych rozwiązań”, zarówno systemowych jak i technologicznych (automatyzacji i robotyzacji). Potrzeba śmiałych wizji i odważnych decyzji.

Artykuł oryginalnie ukazał się na blogu Rytm Gospodarki