GOSPODARKA EKONOMIA NOWE TECHNOLOGIE
Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Straszenie inflacją nie ma podstaw

26 lipca 2020, 23:51 / źródło: opracowanie autorskie / zdjęcie: pixabay
Straszenie inflacją nie ma podstaw

Światowy kryzys gospodarczy wywołany przez pandemię COVID-19 ma szansę stać się historycznie największym, nawet jeśli względnie krótkotrwałym, ograniczeniem aktywności ekonomicznej na świecie. Szereg administracyjnych decyzji rządów, które aby zapobiec przybraniu przez epidemię katastrofalnych rozmiarów (i tym samym przeciążenia i tak już często nadwyrężonych i niedofinansowanych systemów ochrony zdrowia), zdecydowały się na radykalne ograniczenie działalności bądź zgoła zamknięcie całych branż, okazały się bardzo dotkliwe tak dla „realnej” (zwiększone bezrobocie, obniżkami płac, cięcia inwestycji), jak i finansowej strony gospodarki (znaczny wzrost zmienności na rynkach, problemy z dostępem do finansowania).

W obliczu tak dużego szoku - jednocześnie podażowego i popytowego -nie powinna dziwić szybka i zdecydowana odpowiedź banków centralnych mająca na celu ograniczenie jego negatywnych skutków pandemii i niedopuszczenia do przerodzenia się jej w kolejny kryzys finansowy, którego skutki byłyby trudne do przewidzenia. Po pierwsze, banki centralne bądź obniżyły (amerykański Fed) bądź utrzymały na bardzo niskich poziomach (Europejski Bank Centralny) główne stopy procentowe i zapowiedziały utrzymywanie ich w pobliżu tzw. dolnej efektywnej granicy aż do momentu znacznej poprawy warunków gospodarczych (tzw. forward guidance). Jednak, podobnie jak to miało miejsce w przypadku poprzedniego kryzysu z lat 2008-9, standardowe narzędzia polityki monetarnej okazały się niewystarczające i banki centralne (ponownie w krajach rozwiniętych jak i po raz pierwszy w niektórych gospodarkach wschodzących) skorzystały z tzw. niekonwencjonalnych narzędzi polityki monetarnej, takich jak przede wszystkim luzowanie ilościowe (ang. Quantitative Easing, QE) i tym samym wznowiły zakupy papierów wartościowych na rynku wtórnym. Skala i tempo tych interwencji nie ma precedensu – do tej pory Fed i ECB w ramach operacji skupu aktywów i zapewniania płynności sektorowi bankowemu rozszerzyły swoje sumy bilansowe o kwoty odpowiadające 13% PKB USA i strefy euro (do końca roku oba banki mogą przekroczyć granicę 20% PKB).

Luzowanie monetarne nie zagraża stabilności cen
Wykorzystanie luzowania ilościowego w tej skali, oprócz wielu głosów wsparcia ze strony ekonomistów, było też mocno krytykowane jako „drukowanie pustego pieniądza” które, prędzej czy później, doprowadzi w zachodnich krajach do znacznego wzrostu inflacji, bądź nawet hiperinflacji. Mimo tych - często zgoła apokaliptycznych – wizji, tak doświadczenia krajów zachodnich po ostatnim kryzysie, jak również specyfika kryzysu w którym się znajdujemy, każą zachować bardzo dużą ostrożność w ocenie tego typu twierdzeń.

Po pierwsze, samo „klasyczne” QE inflacji nie wywoła, ponieważ prowadzi ono jedynie do zmiany kompozycji aktywów w bilansie sektora bankowego (więcej rezerw, mniej np. obligacji rządowych) i tym samym nie powiększa ono ilości pieniądza krążącego w gospodarce. Naturalnie, banki centralne przeprowadzając programy luzowania ilościowego i zwiększając płynność w sektorze bankowym, liczą, że banki w konsekwencji będą bardziej chętne do udzielania kredytów. Mimo tego pośredniego celu programu skupu aktywów (głównym jest obniżenie długoterminowych stóp procentowych), praktyka wskazuje na to, że nawet znaczne programy QE nie wpływają znacząco na zwiększenie się akcji kredytowej: dzieje się tak przez wzrost awersji do ryzyka banków, które zaostrzają warunki przyznawania kredytów w odpowiedzi na większe prawdopodobieństwo niewypłacalności kredytobiorców w trakcie i po kryzysie, jak również mniejszy popyt na kredyt (przede wszystkim inwestycyjny).

Po drugie, wzrost niepewności, przede wszystkim dotyczący rozwoju pandemii i kształtu polityki gospodarczej w najbliższych kwartałach będzie zmniejszał skłonność gospodarstw domowych do wydatków, zwłaszcza na dobra trwałe (np. samochody), których zakup można bez większych problemów odłożyć w czasie. Popyt konsumpcyjny będzie dodatkowo osłabiany przez wzrost bezrobocia i niepewność dotyczącą sytuacji na rynku pracy w tym i przyszłym roku. To z kolei znacznie utrudni firmom planowanie i szacowanie przyszłego popytu, obniżając ich skłonność do inwestycji, pomimo niskich kosztów uzyskania finansowania. Co ciekawe, w ostatnich miesiącach w strefie euro kredyt dla firm rósł w tempie dwucyfrowym, jednak nowe środki w większości nie były przez firmy wydawane, tylko trzymane na kontach, spełniając funkcję bufora finansowego. Tak zmniejszona akcja kredytowa jak i niższy popyt konsumpcyjny i inwestycyjny będą działały w kierunku osłabiania presji inflacyjnej.

Co z wpływem rekordowych deficytów budżetowych?
Niektórzy twierdzą jednak, że to nie tyle działania banków centralnych, co olbrzymie pakiety fiskalne przyjęte przez kraje Zachodu (tym samym rekordowe deficyty fiskalne) doprowadzą do znacznego wzrostu inflacji w przyszłości. To prawda, że rządowe programy pomocowe – tak bezpośrednio w postaci transferów pieniężnych jak i pośrednio w postaci gwarancji kredytowych - doprowadziły do wzrostu ilości pieniędzy krążących w gospodarce (w krajach strefy euro o prawie 10% r/r). Pomimo to, należy pamiętać, że stało się to w warunkach, w których pieniądze jedynie pozwoliły, i to zwykle w niepełnym stopniu, na „zasypanie dziury” w brakujących dochodach firm (lockdown, mniejszy popyt) czy gospodarstw domowych (mniejsze dochody z pracy).Co więcej, jest to sytuacja tymczasowa – w przyszłym roku nastąpi tak zacieśnienie polityki fiskalnej, jak i rozpocznie się proces spłaty części zobowiązań zaciągniętych podczas obecnego kryzysu. To ważne zastrzeżenie, ponieważ historycznie rzecz biorąc do wywołania wysokiej (np. dwucyfrowej) inflacji potrzeba było dynamicznego przyrostu pieniądza krążącego w gospodarce nie w jednym roku, a przez co najmniej kilka lat.

W tym samym duchu, ostatnie badania przeprowadzone przez ekonomistów Banku Rozrachunków Międzynarodowych, wskazują wyraźnie na wyższe ryzyko niższej inflacji w krajach rozwiniętych. Co ciekawe, w krajach rozwijających sytuacja wygląda nieco inaczej – tu ryzyka są zbilansowane - głównie przez ryzyko deprecjacji waluty w konsekwencji odpływu kapitału (i tym samym wyższą „importowaną inflację”). Ostatnie dane GUS na temat inflacji w Polsce zdają się potwierdzać to, że, choć wiele z powyższych punktów dotyczy także Polski, to sytuacja w naszym kraju jest bardziej złożona, a podwyższona inflacja może zostać z nami na dłuższy czas. To jednak temat na oddzielną analizę.

Autor: Mateusz Urban jest absolwentem uniwersytetu Duke’a w USA i zdobywcą drugiej nagrody w Vernon Smith Prize (2019). Obecnie pracuje w Londynie jako ekonomista.

Zapisz się na PolishBrief.pl

Analizy, opinie i wywiady. Gospodarczy skrót dnia.

0 komentarzy

przeczytaj także

© 2020. Wszystkie prawa zastrzeżone

Zaloguj się

Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Zarejestruj się

Używamy cookies w celach funkcjonalnych, aby ułatwić użytkownikom korzystanie z witryny oraz w celu tworzenia anonimowych statystyk serwisu. Jeżeli nie blokujesz plików cookies, to zgadzasz się na ich używanie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Polityka Prywatności    AKCEPTUJĘ