GOSPODARKA EKONOMIA NOWE TECHNOLOGIE
Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Dlaczego konsumpcja nie jest najlepszym motorem wzrostu?

8 września 2020, 23:38 / Opracowanie własne, grafika pixabay
Dlaczego konsumpcja nie jest najlepszym motorem wzrostu?
Marek  Lachowicz
Marek Lachowicz

Główny analityk Instytutu Jagiellońskiego, redaktor naczelny PolishBrief https://mareklachowicz.com

Ostatnio obiła mnie się o oczy (bo widziałem ją na Twitterze) deklaracja wysokiego rangą oficjela z Ministerstwa Finansów, że celem jest dalsze napędzanie wzrostu konsumpcją. Grafika z cytatem została już do tego czasu usunięta z profilu MF, być może z uwagi na szereg negatywnych komentarzy, w tym mój, w którym zwracałem uwagę na pewną niedokładność definicyjną. Mniejsza z tym, znęcać się nie mam zamiaru.

Dlaczego konsumpcja nie jest długofalowym motorem wzrostu? Zacznijmy od początku, dlaczego jest motorem wzrostu?

Równanie na PKB (to najpopularniejsze, bo jest kilka) znamy wszyscy: konsumpcja plus inwestycje plus wydatki rządowe plus eksport netto. Konsumpcja stoi jak wół, zatem konsumpcja idąca do góry to PKB idące do góry. Proste.

Tym przypuszczalnie kierował się rząd wprowadzając programy socjalne. Żeby była jasność – nie zamierzam tu iść w linii z większością ekonomistów i walić w programy socjalne jak w bęben. Rozumiem sens ich wprowadzenia i dostrzegam pewne plusy. Biorąc pod uwagę krzywą zarobków w Polsce (pracowałem chwilę w MF na mikrodanych podatkowych, wiem z 1 ręki jak te krzywe wyglądają) 500 złotych na dziecko to dla przeciętnej – zaznaczam przeciętnej, a nie średniej! bo tu do przeciętności bardziej pasuje mediana niż średnia – to spora kwota. A literatura ekonomiczna jak i zwykła logika podpowiadają, że im kto mniej zarabia, tym większa szansa, że wyda dodatkowo otrzymaną złotówkę. Bo i ma na co: jedzenie, mieszkanie, ubrania, itd. Właściciel sklepu, w którym obywatel zakupił ubrania również zarobi więcej, również wyda i tak konsumpcja nakręca PKB w sposób znany jako mnożnik konsumpcyjny.

Te dobra, które wymieniłem są jednak dobrami pierwszej potrzeby. Ciężko zaś budować silną gospodarkę w oparciu o nie. Oczywiście, sprawne rolnictwo jest potrzebne, natomiast jak wygląda w świecie globalizacji chociażby przemysł włókienniczy, boleśnie przekonała się Łódź. Po upadku PRL zostały jej wielkie zakłady włókienniczo – tekstylne, które jeden po drugim upadały, nie mogąc wytrzymać konkurencji z tanimi szwalniami azjatyckimi. Mówiąc prościej: jeżeli jedynym kryterium przekonującym klienta do twojego towaru jest cena, to pamiętaj, zawsze znajdzie się ktoś, kto zrobi taniej. I chociaż traktowanie gospodarki jako firmy jest obarczone wieloma wadami, to w tym przypadku się sprawdza.

Z tego powodu, ekonomiści zajmujący się konkurencyjnością ustalili, że trzeba konkurować jakościowo, bowiem tylko w ten sposób można przekonać światowy rynek do zakupu naszych towarów. Najlepiej, gdy mamy jeszcze silne marki bo wtedy możemy ustalać jakościową premię. Przykładowo, mogę eksportować zegarki, które składam z importowanych komponentów wartych 500 zł za cenę 5000 zł jeżeli tylko moja marka jest wystarczająco silna. Saldo eksportu netto na jednym zegarku? +4500 do przodu. Żyć nie umierać.

Czy jednak jestem w stanie doprowadzić do tego wyłącznie konsumpcją? Konsumpcja to wydatki bieżące, na tzw. życie. Idąc mikroskalą – jeżeli mam firmę i wszystkie przychody przeznaczam na pokrycie bieżących kosztów (praca, materiały, czynsz, itd.) to nigdy się nie rozwinę. Gdzie zmieszczę wydatki np. na marketing? Na automatyzację procesu produkcji i tym podobne? Kręcę się w kółko.

W makroskali pamiętajmy o tym, że mamy kryzys. Co to oznacza? W tradycyjnym modelu wydatków, to co zarobię dzielę na dwie kupki. Jedną wydaję na konsumpcję (czyli bieżączkę) drugą oszczędzam. Teraz, dla wielu oszczędności = inwestycje ale dla mnie te określenia nie są tożsame. Inwestycja to świadoma decyzja o uziemieniu części kapitału w nadziei na zysk w przyszłości. Zysk, który może nie nadejść. Jeżeli powodzi mnie się finansowo – pewnie, mogę zainwestować. Jeżeli nie, raczej oszczędzę. Oszczędzę, czyli odłożę na czarną godzinę. I nie ma obecnie (dla obywatela) znaczenia czy w banku, czy w skarpecie. I tu, i tu zarabiam 0% w skali roku. Oczywiście wszystko to pod warunkiem, że będę miał co oszczędzać, bo – znowu – kryzys, więc mogę nie mieć.

Co to oznacza dla państwa? Inwestycje się kurczą, bo każdy myśli o przeżyciu, a nie o wydawaniu pieniędzy na lewo i prawo. Pewnie, bogaci się wzbogacą, bo będą mogli taniej kupić, ale ogólnie, dla gospodarki nie jest to korzystne. Konsumpcja też się kurczy, ale czy tak bardzo? Nie do końca, inwestycje można ściąć do zera, konsumpcji nie.

Jak zatem wesprzeć gospodarkę? Inwestycjami rządowymi. Zainwestować pieniądze podatników, wykreować trochę zleceń dla polskich firm, podtrzymać zatrudnienie. To szczególnie ważne w czasie kryzysu, ale i nie tylko. Nieprzypadkowo motorem wzrostu gospodarczego w większości modeli jest postęp technologiczny, którego nie osiągnie się bez inwestycji. Inwestycje publiczne mają też to do siebie, że służą wszystkim obywatelom. Same powody, by w nowej kadencji skupić się na stymulowaniu wzrostu właśnie inwestycjami, a nie samą konsumpcją. Dobrze, że MF też zmienił nieco narrację i zaczyna dostrzegać tę potrzebę.

Zapisz się na PolishBrief.pl

Analizy, opinie i wywiady. Gospodarczy skrót dnia.

0 komentarzy

przeczytaj także

© 2020. Wszystkie prawa zastrzeżone

Zaloguj się

Zapamiętaj mnie Zapomniałeś hasło?

Zarejestruj się

Używamy cookies w celach funkcjonalnych, aby ułatwić użytkownikom korzystanie z witryny oraz w celu tworzenia anonimowych statystyk serwisu. Jeżeli nie blokujesz plików cookies, to zgadzasz się na ich używanie oraz zapisanie w pamięci urządzenia.
Polityka Prywatności    AKCEPTUJĘ